Zamiast prologu
Okruchy przeszłości
To takie dziwne – znaleźć się tutaj. Jakby po długich poszukiwaniach baśniowej krainy, która śniła ci się od dzieciństwa, w końcu ją odnaleźć. Przybyć do niej.
Serce zamiera na widokach rozpalonych pamięcią, jakby już nie swoją, lecz jakąś wniesioną do umysłu przez siły niepojęte. Niewytłumaczalne.
Ale w rzeczywistości wszystko jest bardziej prozaiczne. W tej romantycznej i baśniowej aureoli marzeń kłębiły się wspomnienia z dzieciństwa. Prawdziwe wspomnienia o prawdziwym życiu, które teraz wydaje się cudowną przygodą. Niepowtarzalną i nieosiągalną ani w przestrzeni, ani w czasie.
Przestrzeń jednak pokonał. Ale przepaści czasowej, wynoszącej jedną czwartą stulecia, pokonać nie sposób. Jeśli dla przestrzeni są samoloty, to dla czasu – tylko pamięć. I oto jest. Dwadzieścia pięć lat po tym, jak opuścił te strony, będąc jeszcze młodzieńcem. Nie potrafił nawet opisać gamy uczuć, które ogarnęły go na widok miejsc znanych z dziecięcych marzeń. Wodna tafla Zatoki Awaczyńskiej wciąż ta sama. A wokół niej bezgłośne zielone pagórki, gęsto porośnięte fantazyjnie powyginanymi drzewami. Na przeciwległym brzegu zatoki wciąż ten sam Pietropawłowsk Kamczacki, którego ulice rozciągnęły się tarasami po zboczach pagórków. Praktycznie nie ma tu płaskich powierzchni, dobrze to pamiętał. Jeden z nielicznych równych krajobrazów na całym gigantycznym półwyspie Kamczatka zachował się w jego pamięci jedynie w postaci lotniska Jelizowo, dokąd samolot z Moskwy go przetransportował. Trudno sobie nawet wyobrazić, jak niedostępne stałyby się te rejony dla ludzi z zewnątrz, gdyby lotnisko nagle przestało istnieć. I jaką pułapką stałaby się Kamczatka dla tych, którzy tu mieszkają. Oczywiście, pozostawała jeszcze inna opcja. Morska. Ale w tym celu trzeba było odbić od pietropawłowskiego nabrzeża, przepłynąć Zatokę Awaczyńską do cieśniny koło Przylądka Stanickiego, minąć wystające z wody skały, nazywane Trzema Braćmi i będące taką samą wizytówką Kamczatki, jak jej wulkany i gejzery, a następnie wypłynąć na bezkresny Ocean Spokojny. A potem, opływając południowy kraniec półwyspu, po iluś tam dniach dotrzeć do Sachalinu. Albo Władywostoku. Albo Japonii. Ale była też inna opcja. Wypłynąwszy z Zatoki Awaczyńskiej na Ocean Spokojny, obrać kurs nie na południe, lecz na północ. Dotrzeć do naszyjnika Wysp Aleuckich, które niczym morskie boje wyznaczały basen Morza Beringa, i, płynąc wzdłuż tych wysp, dotrzeć do Alaski – największego stanu USA. Ale lotnisko Jelizowo ściskało przestrzeń i czas. Jutro wieczorem wsiądzie tam do samolotu i zaledwie po jakichś ośmiu-dziewięciu godzinach będzie w Moskwie. Na Kamczatce w tym momencie będzie już ranek nowego dnia. A w stolicy, kiedy przyleci, będzie późny wieczór dnia poprzedniego. Dzięki kaprysom stref czasowych można wrócić do przeszłości. Właśnie to mu się przydarzy, gdyż gdzieś nad Morzem Ochockim znajdzie się już w jutrzejszym dniu, ale w Moskwie znajdzie się mniej więcej o tej samej porze, o której wyleci z tego zbawiennego dla mieszkańców Kamczatki lotniska Jelizowo.
Wszystkie te ożywione wspomnienia z dzieciństwa rodziły jakąś skrytą, tylko dla niego zrozumiałą drżącą radość, przeplatającą się z dobrą melancholią. Ale na widokach Zatoki Awaczyńskiej, odległego Pietropawłowska Kamczackiego i wznoszącego się za stolicą półwyspu, pokrytego lodowcami białego giganta – wulkanu Awaczy, radość się kończyła. Przy bliższym przyjrzeniu się obszarowi jego dziecięcych przygód zaczynał się ból.
Miasteczko, w którym kiedyś mieszkał, w tamtych czasach było tak tajne, że w zasadzie nie miało nazwy. Oznaczano je jedynie oznaczeniem cyfrowym – «51». Ale dla wygody wysyłania i odbierania korespondencji pocztowej w tamtych czasach na kopertach i paczkach pisano – «Pietropawłowsk Kamczacki 51». Prawdopodobnie, żeby wróg się nie domyślił. Było po co zachowywać tajemnicę. W miasteczku 51 znajdowała się stocznia remontowa do naprawy i obsługi atomowych okrętów podwodnych Drugiej Flotylli Atomowej Pacyfiku. Sama flotylla tuż obok. W zasięgu wzroku. Znajduje się ona w osadzie Rybaczy, na półwyspie Kraszeninnikowa, który niczym zakrzywiony palec wcina się od zachodu w Zatokę Awaczyńską, tworząc jeszcze jedną, małą zatokę imienia tego samego Kraszeninnikowa. Chociaż nazywano ją również Śledziową. Oto i łodzie. Do nich zaledwie cztery kilometry drogą wodną. Dobrze pamiętał, że z okna kuchni jego domu zawsze było widać te groźne czarne giganty, naszpikowane apokalipsą. Łodzie są na miejscu i dobrze stąd widoczne. Ale z samym miasteczkiem 51 stało się coś strasznego.
Tuż przy wjeździe do niego znajdowały się trzy identyczne koszary, które kiedyś, przez analogię do tych słynnych skał u wyjścia na Ocean Spokojny, nazywano «Trzema Braćmi». W jednych koszarach mieściła się baza brzegowa. Tam zakwaterowano załogi okrętów wojennych, które wchodziły na remont do stoczni miasteczka 51. Drugie koszary – batalion remontowy. Trzecie – batalion budowlany.
Pamiętał je inne. Duże patriotyczne plakaty. Musztry. Flagi i ogromne tablice z herbami piętnastu republik radzieckich. Teraz betonowe place defilad są rozbite przez krzewy przebijające się przez pęknięcia. Trzypiętrowe budynki koszar są puste i martwe. Szyb i nawet ram okiennych dawno nie ma. Wokół jakieś stosy zardzewiałego żelaza, które kiedyś były samochodami. To był jego pierwszy szok, kiedy wjeżdżał do swojego dziecięcego świata. Potem zobaczył swój dom.
Jedyny pięciopiętrowy blok w osadzie, zbudowany na zboczu pagórka przy ulicy Władywostokskiej. Ulica tak mała, że ten skrajny jej dom miał numer 4. Kiedyś pięciopiętrowy blok miał ładny czerwono-biały kolor. Teraz nie miał koloru w ogóle. Dokładniej, było to połączenie szarości i wilgoci. Trzysta metrów od domu, w dół zbocza, i tam znajdował się długi parterowy budynek Klubu Młodych Marynarzy. Dzieci w tamtych czasach nawet w tak odległej i trudno dostępnej okolicy miały mnóstwo opcji spędzania wolnego czasu. W miasteczku 51 istniała sekcja narciarska, turystyczna, koszykarska i szereg innych. A także koła modelarstwa lotniczego i szkutniczego. Oba znajdowały się w tym samym budynku KMM, ale… Teraz zobaczył tylko rzadkie odłamki rozbitej cegły i fundament, dawno zarośnięty chwastami. Budynku nie ma, podobnie jak nie ma pół tuzina sąsiednich budowli. Idąc dalej przez osadę i obserwując krajobraz przygnębienia i pustki, dotarł do kina «Wiluj». Dokładniej, do tej makabrycznej skrzyni, która z niego została. Miejsce, w którym spędzał niemal każdy weekend, z przyjaciółmi, a czasem i z marynarzami z tamtych koszar, których tu przyprowadzano na seanse filmowe, wyglądało tak, jakby kino poddano zmasowanemu ostrzałowi artyleryjskiemu. Części ściany nie ma. Nie ma okien i drzwi. W środku jakiś rupieć. A to oto…
Nagle poczuł, że zaraz się rozpłacze, co, oczywiście, w jego wieku byłoby zupełnie niedopuszczalną głupotą. Ta przewrócona na bok konstrukcja – automat do gier «Bitwa morska». Och, ileż oni z przyjaciółmi się kłócili i zakładali, kto pierwszy w niego zagra. Czasami wygrywał i on. A potem z niecierpliwością wrzucał w automat piętnastokopiejkową monetę, chwytał za poręcze peryskopu i, przywarłszy twarzą do gumowego wizjera, patrzył, jak po narysowanym morzu porusza się narysowany wrogi okręt, i puszczał torpedy.
Ostrożnie dotknął starych, już obłupanych poręczy, których nie dotykał od dwudziestu pięciu lat. Potem zmęczony usiadł na przewróconym automacie do gier i zapalił, zamyślony patrząc na odłamki płytek i szkła, jak na okruchy własnej przeszłości. Okruchy swojego dzieciństwa. Tak, jego dzieciństwo dawno minęło. Teraz jest dorosłym mężczyzną. Już nawet po rozwodzie. Jego córka, Rita, sama jest już dorosłą dziewczyną. Na tyle dorosłą, że nie chce znać ojca, który z chwilowej głupoty opuścił rodzinę. Ale spędził tu dziewięć najlepszych lat swojego życia. Kiedy jesteś dzieckiem, dla ciebie te dziewięć lat to wieczność. Fantastyczny okres. To teraz czas leci, jak ten samolot z Moskwy do Jelizowa, skracając przestrzeń i czas. Ale wtedy… I przez dwadzieścia pięć lat marzył, by wrócić. Tak, do dzieciństwa wrócić się nie da, ale przynajmniej w te malownicze, piękne miejsca. Do miasteczka, gdzie wszyscy się znali i żyli w zgranej społeczności. Gdzie dzieci miały czym zająć się w wolnym czasie w licznych klubach i sekcjach. Ale wróciwszy, Kazimierz Grzelż się przeraził…
– Hej, wujku, źle się pan czuje?! – rozległ się dziecięcy głos.
Ten głos wyrwał Kazimierza z jego posępnej zadumy i zmusił do podniesienia wzroku. Dziwna sprawa, zupełnie nie słyszał, jak w byłym holu byłego kina pojawiło się czterech nastolatków. Na oko mieli po jedenaście lub dwanaście lat. Wszyscy chłopcy. Jeden, najwyższy, z pociągłą twarzą. Drugi okrągłoliczny blondyn z piegami. Trzeci ciemnowłosy, wielkooki, z jakimś nieprzyjaznym spojrzeniem. Czwarty podobny do Koreańczyka, lekko pulchny. Na szyjach wisiały im stare respiratory, które pewnie zdobyli w opuszczonych składach wojskowych, których tu było pod dostatkiem. W rękach zabawkowe automaty i plecaki szkolne na plecach.
– M-m-m… Nie, chłopaki, nie jest mi źle. Po prostu się zamyśliłem – smutno uśmiechnął się Kazimierz – swoją drogą, dzień dobry.
– Aha, idealne miejsce, żeby się zamyślić – uśmiechnął się szyderczo wysoki, który nie spuszczał wzroku z wiszącego na szyi Kazimierza aparatu fotograficznego.
– A wy co tu robicie? – zapytał Grzelż. – Tu wszystko jest bardzo zniszczone, może się zawalić. Nie najlepsze miejsce dla dzieci.
– Gramy tu w stalkerów – odpowiedział prawdopodobnie Koreańczyk. – A pan?
– Ja? Ja tu kiedyś mieszkałem. Przez kilka lat zbierałem na bilety lotnicze i oto przyleciałem, żeby wspomnieć dzieciństwo. Lepiej bym tego nie robił…
– A co tak? – zapytał ten z piegami.
– No bo tu… – Kazimierz zająknął się, nie wiedząc, jak opisać swoje wrażenie z tego, co zobaczył. – Słuchajcie, tu był dom kultury. Kino. U nas tu odbywały się noworoczne imprezy dla dzieci. Oglądaliśmy tu filmy. Dziewczynki chodziły tu na zajęcia taneczne. Tam, w tamtą stronę, był Klub Młodych Marynarzy. Robiłem tam modele statków. I moi przyjaciele chodzili tam ze mną. A obok było kółko modelarstwa lotniczego. Tam chodzili starsi chłopcy. A na placu, koło fabryki, potem wypuszczali swoje modele samolotów, i one latały. Było tu więcej ludzi, więcej życia, więcej jakichś możliwości. A teraz… teraz wszystko wygląda tak, jakby nad Śledziową zdetonowano bombę atomową.
– Nad czym? – zapytał wysoki.
– Nad Śledziową. Tak nazywaliśmy swoje miasteczko – Śledziowa. Czasem, żartem, nazywaliśmy je Prostokwaszyno.
– Dlaczego?
– No, bo jeden jedyny pięciopiętrowy blok… Na górze… W każdym razie, teraz to osada Primorski, wiem. Ale kiedyś było tak.
– A my swoje miasteczko nazywamy South Park – uśmiechnął się blondyn.
– Jak wy tu w ogóle żyjecie? – westchnął Kazimierz.
– Gramy w stalkerów – odezwał się dotąd milczący wielkooki.
– Rozumiem – pokręcił głową Kazimierz. – A my tu graliśmy w «Bitwę morską». I do kina chodziliśmy.
– A po co kino, skoro teraz każdy film można ściągnąć z Internetu i obejrzeć na komórce?
– No cóż – Grzelż zmieszany uśmiechnął się i rozłożył ręce – nawet nie wiem, co wam na to odpowiedzieć.
– A pan sam skąd jest? – zapytał Koreańczyk.
– Z Moskwy – kiwnął Grzelż. – Mieszkam tam już dwadzieścia pięć lat.
– Aha, byłem tam w zeszłym roku. Macie tam metro, tak? Makabryczne miejsce.
– A to niby dlaczego? – na twarzy Kazimierza pojawił się zaskoczony uśmiech.
– Tam u was mnóstwo ludzi. Miliony samochodów. Korki. I wszyscy jak zombie. W metrze dziwny zapach, a jeszcze w Moskwie pełno nie-Rosjan… Mówię wam, makabryczne miejsce. U nas lepiej.
– No cóż, ty sam… Chociaż, nieważne – machnął ręką Grzelż. – A chcecie, żebym was oprowadził po osadzie i pokazał, gdzie co było za czasów mojego dzieciństwa?
Wielkooki gwałtownie się pochylił, podniósł cegłę i, podrzucając ją w dłoni, surowo zapytał: – Jesteś maniakiem-pedofilem?
– Co? – zaniemówił Kazimierz. – Wy… Do licha, w waszym wieku nawet nie znałem takich słów!
– Był pan głupi?
– Nie! Byłem szczęśliwy! A wy… Wy jesteście jakimiś złośliwymi trollami!
Wstał i pospiesznym krokiem ruszył do wyjścia. Pod nogami chrupały odłamki jego przeszłości…
– Hej, wujku, super masz aparat! – krzyknął za nim wysoki. – Daj popatrzeć!
– Idźcie do diabła, dzieciaki! – rzucił na pożegnanie Kazimierz i zniknął na ulicy.
– Pierdzieleni dorośli – pogardliwie fuknął wielkooki Andriej Żarow i rzucił odłamek cegły w obudowę automatu do gier, na którym przed chwilą siedział Kazimierz.
Z instrukcji dla komandora Vitusa Beringa od cesarza Piotra I.
6 stycznia 1725.
„1. Należy na Kamczatce lub w innym tamtejszym miejscu zbudować jeden lub dwa boty z pokładami. 2. Na onych botach płynąć wzdłuż ziemi, która idzie na Nord według oczekiwania (ponieważ końca jej nie znają), zdaje się bowiem, że ta ziemia jest częścią Ameryki. 3. I dlatego szukać, gdzie ona zeszła się z Ameryką: i żeby dojechać do jakiego miasta europejskich posiadłości, lub jeśli ujrzą jaki okręt europejski, wywiedzieć się od niego, jak ów kist (wybrzeże) nazywają, i wziąć to na piśmie, i samym bywać na brzegu, i wziąć rzetelną wiadomość, a naniósłszy na mapę, przyjeżdżać tutaj”.
Z helikoptera widok był po prostu wspaniały. Piękno Kamczatki ukazywało się w szczególny sposób. Uśmiech zachwytu nie schodził z twarzy młodej Olivii Sobieski, wulkanolożki z Parku Narodowego Yellowstone w USA. Tylko na chwilę przykładała aparat do twarzy, robiła serię zdjęć i znów uwalniała wzrok, by podziwiać łagodne zielone wzgórza, Zatokę Awaczyńską i wulkan o tej samej nazwie. Jej kolega z Neapolu, posiadacz bujnej czarnej brody, Włoch Antonio Quaglia, pospiesznie i zamaszyście robił ołówkiem szkice w swoim notatniku.
Trzecim w grupie wulkanologów znajdujących się na pokładzie helikoptera był Michaił Kraszeninnikow, naukowiec z Instytutu Wulkanologii i Sejsmologii w Pietropawłowsku Kamczackim. Poklepał Włocha po ramieniu:
– Tony, przecież masz aparat! – musiał przekrzykiwać ryk silnika.
– Aparat nie ma duszy artysty, drogi Michelu – uśmiechnął się Antonio, nie przerywając rysowania.
Olivia oderwała wzrok od lokalnych wspaniałości i zwróciła się do rosyjskiego wulkanologa:
– Michael, czy możemy polecieć jeszcze dalej? Chcę zrobić ogólną panoramę z widokiem na Pietropawłowsk, wulkany Awacza i Koriaka oraz Zatokę Awaczyńską! Może National Geographic zapłaci nam za to zdjęcie i pokryjemy koszty paliwa do helikoptera?
– Minutkę! – skinął Kraszeninnikow i zrobiwszy kilka kroków po kabinie, zwrócił się do pilota: – Witja! Witja! Możemy dolecieć do Primorskiego? Starczy paliwa?
– Starczy! – skinął pilot i zaśmiał się. – Tylko że w Primorskim nie ma wulkanów! Tylko stocznia remontowa!
– Wiem, Witja! Po prostu nasi goście chcą zrobić wielką panoramę! I sfotografować górę Wiluj. Z powietrza będzie ją widać!
– Nie ma sprawy! Za wasze pieniądze – każdy kaprys!
Helikopter przechylił się lekko do przodu i przyspieszając, skierował się ku miasteczku, które kiedyś oznaczano literą „51”.
Michaił wrócił do kolegów i spojrzał w dół.
– Olivia! Już wiem, co tak naprawdę chcesz sfotografować! Podejrzewałem, że jesteś amerykańskim szpiegiem! – Zaśmiał się i wskazał ręką w dół.
Sobieski spojrzała we wskazanym kierunku. Pod nimi przesuwał się Półwysep Kraszeninnikowa, na którego południowym brzegu leżała osada Rybaczy i nabrzeża z atomowymi okrętami podwodnymi.
Uśmiech zniknął z twarzy urodziwej badaczki ze Stanów. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w Michaiła:
– O mój Boże, Michael, nie wiedziałam! Ja… Jeśli nie wolno fotografować, nie będę! Ja… Naprawdę nie wiedziałam!
Michaił wybuchnął jeszcze głośniejszym śmiechem:
– Wy, Amerykanie, zupełnie nie rozumiecie żartów! Tę bazę i te łodzie może zobaczyć każdy człowiek na planecie, który ma komputer! Wystarczy otworzyć Google Maps! To już dawno nie jest tajemnica! Kompletnie nie znacie się na żartach!
Olivia skrzywiła się niezadowolona i odsunęła od Michaiła:
– Po prostu trudno nam uwierzyć, że wy, Rosjanie, potraficie żartować!
– Antonio wierzy. Popatrz, Ola, on się śmieje.
Quaglia rzeczywiście się śmiał, kończąc swój rysunek. Następnie odwrócił notatnik w stronę kolegów. Rysował wyśmienicie. A co najważniejsze, bardzo szybko. Nie bez powodu żartobliwie nazywano go drukarką. Na stronie notatnika widniała Olivia Sobieski obwieszona aparatami, z przerażoną miną i w wysokim cylindrze „Wuja Sama”, a na nią natarł Michaił w mundurze i czapce. Na epoletach litery KGB, a w rękach sierp i młot. Przyjrzawszy się karykaturze, Kraszeninnikow zaśmiał się jeszcze głośniej.
– Bravissimo, mój przyjacielu!
– Jesteście jak dzieci – uśmiechnęła się Olivia.
– Czy to coś złego? Przy okazji, Olu, ten półwysep, nad którym lecimy, nazywa się Półwyspem Kraszeninnikowa.
Amerykanka zdziwiła się:
– Nazwali go tak na twoją cześć?
– Nie. Ale i tak miło.
Helikopter kontynuował lot ku południowemu wybrzeżu Zatoki Awaczyńskiej. Nikt na pokładzie maszyny nie wiedział jeszcze, jak brzemienna w skutki dla każdego z nich okaże się decyzja Olivii, by odlecieć nieco dalej od Pietropawłowska Kamczackiego…
Już się ściemniło. Po opuszczeniu terminalu lotniska Wnukowo, Kazimierz Grzelż zanurzył się w natarczywych nawoływaniach taksówkarzy, na które odmachiwał tylko zniechęcony ręką. Był zmęczony. Podróż do miejsc jego dziecięcych przygód nie dodała mu skrzydeł. Wielogodzinny lot, przecinający strefy czasowe ogromnego kraju, wyczerpał go. Marzył tylko o tym, by dotrzeć do domu, wejść do wanny, a potem paść na łóżko i zasnąć. Oczywiście taksówka przyspieszyłaby realizację tego pragnienia, ale ich ceny były skrajnie bezczelne. A po wydatkach na bilety na Kamczatkę i z powrotem, będzie musiał oszczędzać przez rok, by załatać dziurę w domowym budżecie. Poza tym, czekał na niego ktoś z samochodem…
„Dziewiątka” w kolorze mokrego asfaltu stała na parkingu, tak jak przypuszczał. W środku paliło się światło, jako że niebo zdążyło już całkowicie sczernieć. Kierowca, młody jasnowłosy chłopak, czytał jakąś książkę rozłożoną na kierownicy.
Kazimierz otworzył tylne drzwi i niedbale rzucił torbę podróżną na siedzenie. Sam usiadł z przodu, obok kierowcy, który nie przerywał lektury.
– Cześć, Sierioża.
– Cześć, Stanisławowiczu – odezwał się kierowca, nie odrywając wzroku od książki.
Kazimierz zmierzył go wzrokiem i westchnął, kręcąc głową:
– Czy my dzisiaj w ogóle dojedziemy do Moskwy?
– Czekaj, Stanisławowiczu. Zaraz, zdaje się, „Ludożerca” wysadzi lodową tamę…
– Jaki, do diabła, Ludożerca? To jest płatny parking. Stałeś się oligarchą pod moją nieobecność, czy jak? Po samochodzie jakoś tego nie widać.
– Ach, gdybyż to… – westchnął Siergiej i włożywszy smartfon jako zakładkę, zatrzasnął książkę. Następnie przekręcił kluczyk w stacyjce.
Samochód powoli, lawirując między innymi autami, opuścił parking i wyjechał na szosę prowadzącą do miasta.
– Co u Rity? – zapytał cicho Kazimierz.
Siergiej wzruszył ramionami:
– Nie wiem. Mocno się pokłóciliśmy.
– Ale z ciebie idiota – westchnął z rozczarowaniem Grzelż.
– Zgadzam się. Jestem idiotą. Ale ona też, wiesz, nie jest aniołkiem. Cały tatuś, kurde.
– Słuchaj no, Małomalski! – podniósł głos Kazimierz. – Mówisz, przypominam, o mojej córce! Chcesz zarobić w ucho?
– Nie wolno – odparł niewzruszony Siergiej. – Prowadzę. To niebezpieczne.
– Dobra. Przywalę ci, jak dojedziemy.
– Ostrożnie. Mam duży klucz nastawny. No i jak tam wycieczka? Opowiadaj.
– Okropnie – odpowiedział Kazimierz, otwierając okno i zapalając papierosa.
– Dlaczego? Przecież tak marzyłeś. Zbierałeś pieniądze. Mój aparat wziąłeś. Chciałeś spotkać dawnego przyjaciela.
– Wszystko prawda, Sierioża, ale… – Wypuścił kłąb dymu w wieczorne powietrze podmoskiewskie. – Byłem niesamowicie szczęśliwy, że spotkałem przyjaciela z dzieciństwa, to było dla nas święto. Ale nie spodziewałem się, że zobaczę tak… Jak by to ująć… Postapokaliptyczny obraz…
Stara „dziewiątka” w kolorze mokrego asfaltu zbliżała się do Moskwy. A światu pozostało już tylko kilka godzin…
Szkoła numer cztery znajdowała się najwyżej ze wszystkich budynków nad poziomem morza, a dokładniej nad poziomem Zatoki Awaczyńskiej w osadzie Primorski. Zbudowano ją na zboczu wzgórza, podobnie jak pięciopiętrowy blok przy ulicy Władywostokskiej 4. Tyle że wejście do szkoły znajdowało się mniej więcej na wysokości piątego piętra bloku mieszkalnego, stojącego jakieś sto metrów niżej. Czworgu uczniom tej szkoły znudziła się już gra w stalkerów. Dzisiaj postanowili pograć w „kwadraty”. Na placu pod domem dorośli na to nie pozwalali. Piłka co rusz o mało nie uderzała w samochody, których pod blokiem było mnóstwo. Właśnie dlatego wielkooki Andriej Żarow, wysoki Nikita Wiszniewski, jasnowłosy i piegowaty Żeńka Gorin oraz ich przyjaciel Sańka Coj weszli pod szkołę i udali się na podwórze za budynkiem. Narysowali czerwoną cegłą na asfalcie kwadrat podzielony na cztery sekcje. Każdy odpowiadał za swoją. Piłka nie mogła uderzyć o sekcję więcej niż pięć razy. Kto nie zdołał odbić piłki, odpadał. Po wyliczance „kamień-nożyce-papier” ustalili, że pierwszy serwuje Nikita Wiszniewski. Ten przez chwilę się rozgrzewał, klepiąc dłonią gumową piłkę o spękany asfalt szkolnego podwórza.
Słysząc warkot zbliżającego się helikoptera, Wiszniewski obejrzał się. Maszyny jeszcze nie było widać. Sądząc po dźwięku, była już gdzieś nad małą zatoką Kraszeninnikowa. Albo nawet nad stocznią. Ale dwupiętrowy budynek szkoły stał między nimi a osadą, zasłaniając widok.
– Nikitos! – krzyknął oburzony Andriej. – No dawaj, serwuj w końcu! Helikopterów nie widziałeś?
Nikita podbił piłkę i nie dając jej dotknąć ziemi, kopnął nogą. Ta poszybowała w górę i zaczęła opadać na sekcję Sańki Coja. Ten odbił ją rękami, splatając palce. Żeńka odbił łokciem. Helikopter był coraz bliżej…
Andriej Żarow podskoczył i z siłą kopnął piłkę wpadającą w jego pole. Sportowy przyrząd wystrzelił w górę. Wyleciał z cienia rzucanego przez szkołę i znalazł się nad jej dachem. I nagle jasne, niebieskie niebo stało się oślepiająco białe. Przyjaciele zacisnęli powieki z bólu, padając na asfalt. Dźwięk helikoptera stał się nagle rzężący, jakby maszyna się krztusiła. A do tego, mimo cienia własnej szkoły, w którym się znajdowali, zrobiło się nieznośnie gorąco. Tak gorąco, że rozległ się krzyk Nikity:
– Chłopaki, ubranie na mnie płonie!!!
W górze rozległ się trzask. To pękła od promieniowania świetlnego i cieplnego piłka. Dzieci pokładały się na asfalcie, nie wiedząc, gdzie się schować przed tym makabrycznym żarem, choć paradoksalnie w tych chwilach tylne podwórze szkoły numer cztery, zbudowanej tak, by wytrzymała trzęsienia ziemi o sile dziewięciu stopni, było najbezpieczniejszym miejscem. Gdzieś między nimi z mlaskiem upadła pęknięta i topiąca się piłka. Zaraz po świetle i cieple rozległ się huk, jakby pękł cały wszechświat. A potem nadeszła fala uderzeniowa wybuchu termojądrowego…
Odpis z raportu wydziału wywiadu Czerwonego Sztandaru Floty Pacyfiku dla dowództwa Marynarki Wojennej ZSRR. Do użytku służbowego. Ściśle tajne. 1984.
„Zgodnie z uzyskanymi danymi, korelującymi z informacjami z własnych źródeł 1. Zarządu Głównego KGB ZSRR, potencjalny przeciwnik wycelował w Półwysep Kamczacki rakietę balistyczną klasy „Minuteman-3” z głowicą wielokrotną (341. Strategiczne Skrzydło Rakietowe. Współrzędne szybu startowego patrz: załącznik nr 2 do niniejszego raportu. Charakterystykę techniczną rakiet potencjalnego przeciwnika patrz: załącznik nr 1 do niniejszego raportu). Według danych wywiadu, rakieta ta posiada 3 (trzy) niezależne głowice bojowe. Przypuszczalna moc każdego ładunku wynosi od 300 do 700 kT. W przypadku braku działań odwetowych ze strony MW i Sił Powietrznych ZSRR, przewiduje się uderzenia uzupełniające siłami strategicznych okrętów podwodnych potencjalnego przeciwnika, a także pociskami manewrującymi bazowania powietrznego, siłami ciężkich bombowców strategicznych. Moc uderzeń uzupełniających to w przybliżeniu 120–250 kT. Ocena priorytetowych celów pozwala z wysokim stopniem prawdopodobieństwa stwierdzić, że jednym z celów dla głowicy tej rakiety jest lotnisko Jelizowo. Wbrew poprzedniej analizie sugerującej, że lotnisko to jest niezbędne siłom inwazyjnym przeciwnika do lądowań pośrednich lotnictwa bojowego i transportowego, obecność w Jelizowie grupy szybkich przechwytujących MiG-31, zdolnych do zniwelowania ofensywnego potencjału powietrznych sił strategicznych przeciwnika, czyni ten obiekt jednym z priorytetowych celów. Cel dla drugiej głowicy – baza Floty Pacyfiku w Ust-Kamczacku. Cel dla trzeciej głowicy – Druga Flotylla atomowych okrętów podwodnych na Półwyspie Kraszeninnikowa w Zatoce Awaczyńskiej oraz stocznia remontowa w „PK-51”. Według posiadanych danych, głowica ma eksplodować na wysokości 200–400 metrów nad Zatoką Kraszeninnikowa (Śledziową) pomiędzy „PK-51” a punktem stałego bazowania jednostek bojowych Drugiej Flotylli Atomowej. Pierwotne czynniki rażenia, nawet przy minimalnym ładunku 300 kiloton, w ciągu czterdziestu sekund zniszczą zarówno bazę okrętów podwodnych, jak i infrastrukturę stoczniową na przeciwległym brzegu, w „PK-51” (tabele strat w sile żywej wśród wojskowych i cywilów patrz: załącznik nr 3 do niniejszego raportu). Jednocześnie czynniki rażenia oddziałujące na sam Pietropawłowsk Kamczacki, zarówno przy uderzeniu w lotnisko Jelizowo, jak i w Zatokę Kraszeninnikowa, będą minimalne. Pozwoli to siłom inwazyjnym potencjalnego przeciwnika na dalsze wykorzystanie portu morskiego w Pietropawłowsku Kamczackim podczas kolejnego etapu wojny – interwencji zbrojnej na dalekowschodnim terytorium ZSRR…”.
Coś sprawiło, że jedna z głowic zboczyła z kursu… Eksplodowała nie między Półwyspem Kraszeninnikowa a osadą Primorski, lecz między Półwyspem Kraszeninnikowa a Pietropawłowskiem Kamczackim. Gdzieś nad Zatoką Awaczyńską. Tym samym cała potęga wybuchu termojądrowego spadła właśnie na stolicę półwyspu Kamczatka…
W pozostałych kwestiach dane wywiadu Marynarki Wojennej sprzed trzydziestu lat okazały się trafne. Tylko że uderzenia uzupełniające nie nastąpiły. Najwidoczniej nie było już nikogo, kto mógłby je przeprowadzić…


Rozdział 3.3
Aleksander nagle przestał przeżuwać zagryzkę i wlepił wzrok w Kraszeninnikowa.
– Jak powiedziałeś? Trzy głowice?
– No tak. W bazę łodzi podwodnych, w Jelizowo i w Ust-Kamczack.
Przed oczami Aleksandra nagle stanęła ta sama kartka papieru z pieczątką „tajne”. Rakieta „Minuteman” z trzema głowicami. Rybaczy, Jelizowo, Ust-Kamczack… Czy to nie dziwne, że ten prosty wulkanolog z Pietropawłowska, mieszkający kiedyś przy ulicy Vitusa Beringa, dokładnie odtworzył to, co było na stałe wryte w starą kartkę tajnego dokumentu znalezionego w sejfie sztabu bazy atomowych łodzi podwodnych?
– Skąd wiesz, ile dokładnie ładunków i w jakie dokładnie cele miało uderzyć?
Kraszeninnikow na chwilę znieruchomiał. Nie mógł nie zauważyć dziwnej reakcji Aleksandra.
– Nie wiem – Michaił wzruszył ramionami z roztargnieniem. – Po prostu… Tak przypuszczam… No bo co tu jeszcze bombardować, Sania? Dolinę Gejzerów? Kluczewską Sopkę? Były tu łodzie i zakład. W Jelizowie superszybkie wysokościowe myśliwce przechwytujące. W Ust-Kamczacku też był garnizon wojskowy, tam mogły zawijać te same łodzie z Morza Beringa. Znacznie bliżej niż do nas. Więc…
– Cóż, to logiczne, oczywiście – westchnął Aleksander. – Ale bomba wybuchła całkiem blisko nas. Graliśmy wtedy z chłopakami w „kwadraty” na szkolnym podwórzu. Piłka pękła od samego błysku. Na Nikicie zapaliło się ubranie. Do dziś ma blizny po oparzeniach na ramionach i plecach. A jednak przeżyliśmy. Nie ma promieniowania. Zmiany klimatu były tylko na samym początku, a i te okazały się przejściowe. Są wprawdzie jakieś tam dziury ozonowe, ale chyba nieczęsto nad nami wiszą. Dlaczego więc w innych miejscach miałoby być gorzej?
– Nie mówię, że musi być gorzej. Staram się analizować na podstawie faktów. Wszędzie tu są wzgórza. Przy tym na Kamczatce jest dużo opadów. Deszcze, a wiosną topniejące śniegi po prostu zmywają nasze wzgórza. I to wszystko spływa do zamkniętych dolin u podnóża, gdzie zostaje promieniowanie, albo – jak w naszym przypadku – ucieka do zatoki i po prostu rozpuszcza się w miliardach litrów wody Pacyfiku. Co więcej, nasz półwysep ze względu na rzeźbę terenu i położenie geograficzne ma bardzo specyficzne wiatry. Wieje z centrum Kamczatki w stronę Morza Ochockiego i Oceanu Spokojnego. Nasz zapomniany przez Boga, zagubiony świat jest o tyle niezwykły, że potrafi się bardzo szybko regenerować. Wulkany nauczyły go odradzać się po każdej potężnej erupcji. Dlatego nie ma tu promieniowania. Dlatego ryb jest mnóstwo. A wzgórza są bogate w roślinną żywność i mogą nas żywić jeszcze przez tysiące lat. Żyjemy. I nie ma żadnych mutantów…
Coj zaśmiał się: – Mutanty… To tylko w książkach i w filmach…
– A tamten niedźwiedź? Ci, którzy widzieli ślady, mówią, że jest ogromny.
– No cóż, a czegoś ty chciał? Dawniej jedynym rywalem i wrogiem niedźwiedzia był tutaj człowiek. A teraz ludzi jest tylko garstka. Jedzenia pod dostatkiem. No to się podpasł…
– Od nadmiaru jedzenia robią się tłuści, ale nie wielcy – pokręcił głową Kraszeninnikow.
Coj pogładził swój wydatny brzuch i skrzywił się: – Do czego ty pijesz, ty chudy drągalu?
W głosie Aleksandra nie było słychać groźby ani urazy. Raczej autoironię. Zrozumiawszy to, Michaił wybuchnął śmiechem.
Wisząca w oknie trzeciego piętra lampa oświetlała ich mdłym blaskiem i pozwalała Antonio kontynuować pracę nad lunetą i statywem. Wciąż siedział na parapecie, nieustannie coś dokręcając w lunecie i zamieniając miejscami soczewki, pragnąc osiągnąć zamierzony efekt. Rzecz jasna słyszał całą rozmowę toczącą się na dole i rozumiał, że w gruncie rzeczy Michaił miał rację, przekonując jego i Olivię, iż kwartet z Primorskiego nie jest tak straszny, jak się wydaje. Dobroduszną i wrażliwą Olivię niełatwo było do tego przekonać. Jeśli chodzi o Antonio, nie zaprzątał sobie on zbytnio głowy ocenianiem działań kwartetu. W każdym razie zgadzał się, że ta czwórka jest o niebo lepsza od tamtych watażków, z którymi się rozprawili. Pozostawał jednak jeden fundamentalny problem. Jeśli dobrą Olivię tak trudno przekonać, że czterej lokalni przywódcy wcale nie są złoczyńcami i tyranami, mimo iż osobiście nie zrobili jej nic złego, to jak przekonać ową czwórkę i pozostałych ocalałych, że pewna Amerykanka i pewien Włoch wcale nie są ich wrogami, a Rosjanin, który przez te wszystkie lata się nimi opiekował, nie jest zdrajcą?
Neapolitańczyk, wychowany u stóp mrocznego Wezuwiusza, od dzieciństwa żywił głębokie przekonanie, że jeśli coś ma się wydarzyć – wydarzy się. Z tym wiązało się jego oczekiwanie na nieuchronną erupcję najsłynniejszej włoskiej góry. Wiele lat później, w przededniu ogólnoświatowej katastrofy, obserwował, jak cały świat powoli, lecz nieubłaganie zalewa pandemia szaleństwa. Kulisowe gierki reżimów o różnym stopniu niemoralności, narastające wszędzie problemy społeczne i gospodarcze, ucieczka od rzeczywistości w religijny fanatyzm oraz nienawiść milionów wydziedziczonych do niesprawiedliwego świata, w którym przyszło im żyć, musiały doprowadzić do katastrofy straszniejszej niż jakakolwiek erupcja Wezuwiusza. Tak też się stało. I Antonio Quaglia rozumiał, że pewnego dnia miejscowi dowiedzą się, iż on wcale nie jest obywatelem tak lubianej tu przez wszystkich Kuby, a Olivia wcale nie pochodzi z cichego, spokojnego kraju o baśniowej nazwie Finlandia. I co się wtedy stanie? Antonio nie miał jasnego pojęcia, kto pierwszy nacisnął guzik. Rozumiał jedno – świat był tak przesiąknięty wzajemną nieufnością, wrogością i po prostu prochem, że o losach globu mógł zadecydować jeden jedyny oficer przy pulpicie sterowniczym dowolnego kraju posiadającego rakiety balistyczne. Napięcie owego oficera po tym wszystkim, co mógł przed służbą zobaczyć i usłyszeć w telewizji, przeczytać w gazetach czy dojrzeć w co sekundę eksplodującym zmyślonymi sensacjami internecie, mogło być tak wielkie, że każdy błędnie zinterpretowany sygnał na ekranie radaru… każde rutynowe mignięcie światła w bunkrze… każda drobnostka mogły uruchomić nieodwracalną reakcję łańcuchową w działaniach człowieka, któremu – jak wiadomo od starożytności – błądzić jest rzeczą ludzką…
Wszystko mogło potoczyć się właśnie tak, lecz każdy naród wyznaczył winnych jeszcze zanim ta globalna zbrodnia została dokonana. To oznaczało, że on i Olivia będą tutaj zgubieni, gdy prawda w końcu wypłynie na powierzchnię niczym mroczny, czarny okręt podwodny. Tak samo jak każdy z tutejszych byłby zgubiony, gdyby znalazł się teraz w Ameryce pośród Amerykanów.
Wrogość tych dwóch gigantów, USA i Rosji, zawsze zdumiewała go swoim bezsensem. Ale jeszcze bardziej zdumiewało go to, że większość mieszkańców obu krajów nie miała pojęcia, jak blisko siebie się znajdują. Nie chodziło tylko o to, że są do siebie podobni, śmieją się z tych samych żartów, cieszą tymi samymi radościami i odczuwają gorycz oraz ból z powodu tych samych nieszczęść… Nie, nie tylko o to. Chodziło o to, że poza Kanadą i Meksykiem, krajem położonym najbliżej USA była właśnie Rosja. Gdyby teraz ruszyć w drogę wzdłuż wschodniego wybrzeża Kamczatki na północ, to po wielu milach dotarłoby się na Czukotkę, do jej najdalej wysuniętego punktu – Przylądka Deżniowa. Stamtąd do amerykańskiego brzegu jest mniej niż dziewięćdziesiąt kilometrów. To już mniej niż odległość z Florydy na Kubę. Ale nawet to nie jest najmniejszy dystans. Tam, w mroźnej Cieśninie Beringa, leżą dwie wyspy. Rosyjska Wyspa Ratmanowa i amerykańska Wyspa Krusensterna. Albo, jak się je inaczej nazywa, Duża i Mała Diomeda. Pomiędzy nimi cieśnina ma zaledwie cztery kilometry szerokości. To znacznie mniej niż stąd na przeciwległy brzeg Zatoki Awaczyńskiej, gdzie niegdyś leżał Pietropawłowsk Kamczacki. To nawet o kilka metrów mniej niż stąd do bazy łodzi podwodnych w Rybaczim. Czy wielu Amerykanów i Rosjan wiedziało, jak blisko siebie mieszkają? Zaledwie cztery kilometry zimnej, lodowatej wody…
Myśląc o tym, Antonio wpatrzył się w okno. Świat spowity nocą nie był całkiem ciemny. Sylwetki wzgórz nakreślały upiorne, srebrzyste aureole, szczególnie jaskrawe na resztkach lodowców Awaczy. Pełnia księżyca zdawała się posypywać Kamczatkę magicznym, lśniącym pyłem. Unieruchomiwszy lunetę na statywie, Quaglia przywarł do okularu, kierując zewnętrzną soczewkę na szczyt wulkanu…
– A jednak, Sania, wciąż pozostaje dla mnie zagadką, po co właściwie przyszedłeś.
Kraszeninnikow i Coj kontynuowali rozmowę. Bimber, na szczęście, się skończył. Niestety skończył się też kawior. Było oczywiste, że niespodziewany gość wkrótce odejdzie, ale Kraszeninnikow bardzo chciał wiedzieć, co właściwie znaczyła i do czego zobowiązywała go dzisiejsza wizyta.
– Ciągle szukasz jakiegoś podstępu – podrapał się po brodzie Aleksander, uśmiechając się. Następnie odwrócił głowę i spojrzał na samochód, nad którym Michaił trudził się już od lat. – Widzę, że niedługo będziesz już śmigać?
– Gdybyż to – machnął ręką Kraszeninnikow, udając rezygnację. – Potrzeba jeszcze kilku części.
– No to słuchaj. Przychodzenie do osady i szperanie w niej to nie jest najlepszy pomysł.
– To już mi wyjaśnił twój kumpel Żarow – zachmurzył się Kraszeninnikow. – Dość dosadnie.
– No to ja powtórzę. Na wszelki wypadek. Ale słuchaj. Wiesz, gdzie jest szpital miejski w Wiluczyńsku?
– Przypomnij mi.
– Krótko mówiąc: wychodzisz na drogę i drepczesz w stronę Wiluczyńska. Na drodze będzie rozstaje, przy dawnej kawiarni. Ty skręcasz w lewo. Idziesz drogą i liczysz pięciopiętrowe bloki. Jeden się zawalił, ale cztery jeszcze stoją. Przy czwartym skręcasz w lewo, w las. Idziesz tam. Po prawej będziesz miał to, co kiedyś było szpitalem. Idziesz dalej. Prosto ścieżką. Wychodzisz na polanę, a tam stoi taka sama furgonetka „tabletka” jak twoja. Szyb nie ma. Opony też do niczego. Ale cała reszta na miejscu. Bierz ją sobie.
– A skąd nagle taka hojność? – No a co, ma się zmarnować? – wzruszył ramionami Coj. – Dlaczego w takim razie nie weźmiecie tego dla siebie?
Rozdział 3.4
Aleksander kiwnął głową: – Możemy, oczywiście. Ale mamy samochody. A i tak rzadko ich używamy. Głównie po to, żeby gumy, zawory i tłoki nie stały bezczynnie i nie psuły się od przestoju. Konie i rowery są praktyczniejsze. Zresztą latem specjalnie się nie pojeździ, za to zimą skutery śnieżne są bardziej potrzebne. Więc po co nam ten „uaz”. – Rozumiem, chcecie, żebym został zastrzelony przez chłopaków z Wiluczyńska, kiedy się tam pojawię z kluczem francuskim… – Jesteś głupi, na serio – skrzywił się Coj. – Wiluczyńsk podlega Nadmorskiemu Kwarterowi. A więc i mnie. Jeśli ktoś ci coś powie, odpowiedz, że Sania Coj dał zielone światło. I tyle. Zresztą z tym samochodem nie będziesz miał ani czasu, ani powodu, żeby u nas kraść.
Aleksander wstał, odszedł od stołu i, stękając, wygiął plecy, rozciągając kręgosłup zdrętwiały od długiego siedzenia w jednej pozycji. Następnie wpatrzył się w ścianę koszar. Tam kawałkiem węgla już dawno temu utalentowana ręka Antonia narysowała coś w rodzaju społecznego graffiti. Rysunek przedstawiał łańcuch ewolucji. Neandertalczyk z maczugą, przed nim rzymski legionista. Przed legionistą średniowieczny rycerz, dalej grenadier z epoki wojen napoleońskich. Dalej piechur z czasów II wojny światowej, przed nim żołnierz ostatniej wojny, w pełnym oporządzeniu i… znowu neandertalczyk z maczugą.
– Zabawne – pokręcił głową Aleksander. – Trochę ponure, ale zabawne. – Ano. Rozbawiliśmy cały świat do łez. – A jednak jest tu jedna niedokładność. – Coj zrobił kilka kroków w stronę ściany z rysunkiem i wskazał ręką na finał ludzkiej drogi. Na ostatniego neandertalczyka z maczugą. – Mimo wszystko, nie staliśmy się tacy. – My nie jesteśmy całym światem, Sasza. – Pożyjemy, zobaczymy, Misza – mrugnął do niego Coj. – Dobra, zdrowia i spokojnej nocy. Kiedyś jeszcze wpadnę. – Spokojnej nocy – zamyślony odpowiedział Kraszeninnikow, odprowadzając wzrokiem odchodzącego gościa. Przez jeszcze jakiś czas siedział w zamyśleniu, przewijając w głowie odbytą rozmowę i próbując zrozumieć motywy przedstawiciela nadmorskiego kwartetu. Oczywiście, całym sercem pragnął mieć nadzieję, że ta wizyta była niczym więcej niż szczerą próbą nawiązania dobrosąsiedzkich relacji i zakończenia wzajemnej nieufności między kwartetem a trzema pustelnikami, mieszkającymi przy drodze łączącej dwie podległe temu kwartetowi społeczności. To byłoby wspaniale. Dobrosąsiedzkie relacje – to zawsze wspaniałe. I to zawsze coś, czego bardzo często brakuje. Jak bardzo tego brakowało światu, który się sam unicestwił, odczuli wszyscy, którzy przeżyli wschód tysięcy termojądrowych słońc. A Kraszeninnikow myślał jeszcze o tym, jaki może być teraz świat poza Półwyspem Kamczackim. Nie było żadnych wątpliwości, że poza ich zagubionym światem na krańcu ziemi, katastrofa przetoczyła się również niszczycielskim potokiem piroklastycznym. Przez wszystkie te lata nikt później nie widział na niebie smug kondensacyjnych samolotów. Żaden statek nie wpłynął do Zatoki Awaczyńskiej. Kiedy ludzie jeszcze próbowali utrzymywać w sprawności odbiorniki radiowe, łudząc się próżnymi nadziejami, i tak nie złapali żadnego wyraźnego sygnału. I jeśli zwróciłby wzrok w nocne niebo, tak jak Michał to zrobił teraz, to nie zobaczyłby wśród migoczących gwiazd żadnego spiesznie przelatującego jasnego punktu sztucznego satelity, które w dawnych czasach kreśliły niebo co minutę. Poza Kamczatką wszystko może być jeszcze gorzej niż tutaj. Na kontynentach jest mnóstwo miejsc gęsto zaludnionych. Są tam koleje żelazne, fabryki, duże lotniska, elektrownie. Wszędzie znacznie więcej celów niż tutaj, w rezerwowym zakątku Rosji. Być może użyto tam nie tylko broni jądrowej, ale czegoś bardziej wyszukanego. Rakiety i bomby, o których nawet nie słyszał. Michał wiedział z całą pewnością tylko jedno – liczbę głowic przeznaczonych dla Kamczatki i ich cele. Nie wiedział tego z logicznych wniosków. Źródło wiedzy było zupełnie inne. Ale Michał Kraszeninnikow nie chciał dzielić się tą swoją tajemnicą z nikim…
Antonio nadal przyglądał się magicznemu światłu, którym pełnia księżyca podkreśliła zbocza odległych wzgórz na przeciwległym brzegu zatoki, gdy nagle usłyszał za plecami miękkie kroki. W tym domu takie kroki mogły należeć tylko do jednej osoby.
– Nasz gość poszedł, Olivio – powiedział Quaglia, nie odwracając się.
– W takim razie dlaczego Michael do nas nie przychodzi?
Włoch oderwał wzrok od okularu i wyjrzał na podwórze. Michaił wciąż siedział przy stole, pogrążony w głębokim zamyśleniu.
– Może dlatego, że znowu się na niego gniewasz? – zapytał Antonio, odwracając się do Sobieski.
– Chcesz powiedzieć, że to znowu moja wina? – zmarszczyła brwi kobieta.
Quaglia uśmiechnął się:
– Ależ skąd, kochana.
– Boję się tych ludzi, Tony – szepnęła Olivia.
Odpowiedział jej westchnieniem i skinieniem głowy:
– Mówisz o kwartecie?
– Tak. Oczywiście, że o nich.
– Cóż. Obawianie się tych ludzi jest rozsądne w naszym położeniu. Ale nie dlatego, że są krwiożerczymi złoczyńcami. Jestem pewien, że tak nie jest.
– Więc dlaczego?
Quaglia znów pomyślał o dwóch wyspach w Cieśninie Beringa.
– Bo między nami jest lodowata woda zimnej wojny, którą ktoś kiedyś uczynił zbyt gorącą. Myślę, że nie musisz się ich bać. Michael znajdzie sposób, by poprawić z nimi relacje. Nie gniewaj się więc na niego. On robi to wszystko dla nas.
Sobieski milczała, patrząc w zadumie przez okno.
– Wszystko będzie dobrze, Olivio. Nie martw się. – Znów obdarzył ją swoim promiennym neapolitańskim uśmiechem.
– Skąd ta pewność?
– Może dlatego, że jestem potomkiem trojańskiej Kasandry? – uśmiechał się dalej Antonio.
Nie udawało mu się jednak poprawić nastroju Olivii.
– Dla Troi wszystko skończyło się bardzo smutno, drogi Tony – westchnęła.
– Pamiętamy ją po tysiącleciach i wszystkich naszych potwornych wojnach. To znaczy, że dla Troi nic się jeszcze nie skończyło. Chcesz rzucić okiem? – wskazał ręką na lunetę.
– Jest noc. Czy cokolwiek da się zobaczyć?
– Księżyc jest jasny jak nigdy dotąd. Chętnie dzieli się z nami swoim światłem. Spójrz.
Sobieski przywarła do okularu i niemal natychmiast przyznała przyjacielowi rację. Światła księżyca rzeczywiście wystarczało, by dostrzec szczyty i zbocza wzgórz, olbrzyma Awaczę i migoczącą rzęsę na powierzchni zatoki. To był zachwycający widok. Wulkan Awacza górował nad światem niczym drzemiący, zmęczony strażnik, za którego plecami lśnił rozsypany pył jasnych gwiazd. Jednak wystarczyło wspomnieć, że tam, na przeciwległym brzegu, było niegdyś miasto spalone w żarze wybuchu termojądrowego, by cały ten bajkowy obraz zmienił się w coś strasznego, mrocznego i groźnego. Dłoń Olivii, którą trzymała lunetę, drgnęła, przez co przyrząd przechylił się w dół. Teraz w okularze widać było tylko blask księżyca skaczący po leniwych falach sennej Zatoki Awaczyńskiej. Sobieski zaczęła ostrożnie unosić lunetę, by znów spojrzeć na wulkan, ale zatrzymała wzrok na przeciwległym brzegu.
– Tony…
– Co?
– Tam… coś… Tam coś jest…
– Gdzie?
Olivia odsunęła się od okularu:
– W Pietropawłowsku! Popatrz!
Quaglia zajął jej miejsce i po chwili powiedział:
– Nic nie widzę, Olivio.
– Przyjrzyj się uważnie!
– Właśnie to robię. Co niby mam zobaczyć?
– Czekaj… – Sobieski wróciła do lunety i znów przywarła do okularu. – Przekleństwo, przecież przed chwilą tam był.
– Co tam było, Olu?
– Tłumiony ognik. I poruszał się. Bardzo powoli, ale się poruszał. W Pietropawłowsku… – Odwróciła się od przyrządu i spojrzała na Antonia. – I to wcale nie był blask księżyca, Tony… Widziałam…
Gdzieś w osadzie nagle przeraźliwie i beznadziejnie zawył pies. A zaraz po nim kolejny. Po kilku sekundach słyszeli już nieznośny, mrożący krew w żyłach chór dziesiątek psów, które podchwyciły to wycie.
– Boże, co to jest? – wykrztusiła Sobieski.
Quaglia nie wiedział, co odpowiedzieć, gdy nagle do przerażającego, wielogłosowego wycia dołączył łopot mnóstwa skrzydeł. Jakby wszystkie ptaki, które drzemały w okolicy lub zajmowały się swoimi nocnymi sprawami, w jednej sekundzie postanowiły wzbić się w niebo, jak najdalej od ziemi.
Trwożne domysły już pukały do umysłu Antonia, gdy obrócił głowę w stronę zatoki i zobaczył, że odbite w wodzie światło księżyca nie kołysze się już powolnymi refleksami, lecz rozchodzi falami przybierającej rzęsy. Ostatecznym potwierdzeniem tego, co zaraz nastąpi, była stalowa kulka, która wyskoczyła z czajnika i z głośnym brzękiem wpadła do mosiężnej łuski. Urządzenie, które Antonio dzisiaj złożył i ustawił na spoczynku schodów, zadziałało…
– Olivio, uciekaj! – krzyknął Quaglia.
– Co?! Co się dzieje, Tony?!
– Biegnij na zewnątrz, natychmiast!!! – wrzasnął, chwytając za laskę. – Na mnie nie czekaj, dam sobie radę! To trzęsię…
W tej chwili cały świat zadrżał.
Rozdział 4.1
Drżenie Ziemi
Aleksander nie od razu zrozumiał, co dokładnie sprawiło, że upadł na ścieżce i stoczył się kilka metrów w dół. Przez kilka sekund, kiedy turlał się w trawie, kołatała mu się w głowie myśl, że to alkohol spłatał mu tak okrutnego figla. Jednak po chwili przyszło zrozumienie pierwszego odczucia, które poprzedziło upadek. W tej chwili sama ziemia nagle postanowiła usunąć się spod nóg. Jakby z jakiegoś powodu ziemi nie podobało się, że chodzi po niej jakiś dwunożny. I, jak się zdaje, tylko ludzie nie mieli pojęcia, jaką niespodziankę szykuje im mściwa natura. Przecież w jakiś niepojęty sposób zwierzęta zostały ostrzeżone, i teraz jasne jest, dlaczego nagle nocna cisza wypełniła się wyciem psów, tak podobnym do alarmującej syreny. I ptaki… One też wiedziały, co zaraz nastąpi. Dlatego wzbiły się w niebo na kilka sekund przed wstrząsem ziemi. I tylko ludzie zaczynają rozumieć, co się dzieje, gdy już dokonany fakt powala ich z nóg.
Coj zerwał się na nogi i poczuł, że nie jest w stanie pewnie na nich stać. Podziemne wstrząsy trwały, a kamczackie wzgórza dosłownie huczały. Słychać było wysilony trzask rosnących na zboczach drzew, a od strony Primorskiego dochodził kamienny łomot. Aleksander rzucił się biegiem w stronę osady.
Osada wypełniła się zgiełkiem ludzi. Ulicami miotały się języki płomieni na płonących pochodniach, które mieszkańcy trzymali w rękach. Coj z obawą spoglądał na wzgórze po prawej stronie. To samo, u podnóża którego znajdował się Primorski. Oby tylko nie doszło do osunięcia się ziemi. I choć gęsty las, od wieków porastający tę górę, mocno trzymał grunt splecionymi korzeniami, wszystko zależało od siły trzęsienia ziemi. Im silniejszy ten żywioł, tym większa szansa, że warstwa gruntu runie na osadę razem z tymże lasem. A w pamięci trzydziestodwuletniego Aleksandra, który w ciągu całego życia spędził poza Półwyspem Kamczatka zaledwie kilka tygodni, było to najsilniejsze trzęsienie ziemi…
Najwyższy budynek w Primorskim – pięciopiętrowy blok przy ulicy Władywostokskiej – po raz pierwszy ucierpiał podczas wybuchu. Sam budynek był podzielony na trzy sekcje tak zwanymi szwami sejsmicznymi. Przebiegały one od fundamentu do dachu w dwóch miejscach, dzieląc jeden dom na trzy części, niczym bruzdy dzielące tabliczkę czekolady dla łatwego odłamywania jej kawałków. Tu obowiązywała ta sama zasada. Budowany w regionie sejsmicznie aktywnym dom musiał posiadać podobne szwy. Nie osłabiały one konstrukcji. Ale w przypadku zawalenia dawały szansę sąsiednim sekcjom na przetrwanie i nie bycie wciągniętymi w kolaps przez segmenty, które nie wytrzymały podziemnych wstrząsów. Podczas wybuchu zawaliła się więc sekcja południowa. Ale dwie pozostałe części domu ostały się. Do dzisiejszej nocy…
Przebiegając obok budynku przedszkola, Coj zauważył, że nie ucierpiało. U góry, na zboczu wzgórza, w świetle pośpiesznych pochodni, było widać, że i ich szkoła stoi na miejscu. Ale dom numer cztery przy ulicy Władywostokskiej zniknął. Dokładniej, zawaliły się jego panele, jak domek z kart. Dwie pozostałe sekcje nie wytrzymały żywiołu.
Przez wiele lat był mało zamieszkany. Z uwagi na to, że budynek znajdował się wyżej niż większość zabudowań Primorskiego, na zboczu wzgórza, był mniej chroniony przez Półwysep Kraszeninnikowa przed falą uderzeniową. I dlatego mocno ucierpiał. Budynki szkoły i przedszkola znajdowały się jeszcze wyżej na zboczu, ale przedszkole było osłonięte samym pięciopiętrowym blokiem, a ściany szkoły były trzykrotnie masywniejsze niż ściany budynku mieszkalnego, mimo że sama placówka edukacyjna miała mniejszy rozmiar.
Wielu ocalałych mieszkańców pięciopiętrowego bloku dawno go opuściło. Jeszcze w czasach, gdy, uwolniwszy się od dyktatu okrutnych band, wspólnota zaczęła redystrybucję ocalałych domów wśród ocalałych ludzi. Ale kilka rodzin nadal mieszkało na pierwszych piętrach tego budynku. I oto teraz, jak się zdaje, są pogrzebane pod gruzami. I to była pierwsza rzecz, którą zrozumiał Coj, wróciwszy do rodzinnej osady. Jeszcze nie wiadomo, co z pozostałymi domami, które znajdowały się dalej…
Nagle zerwany wiatr rzucił się na Olivię, gdy tylko wybiegła na ulicę. Rozwiał jej słomiane włosy.
– Odsuń się od budynku! – krzyknął Michaił, przemykając obok. Biegł do koszar…
– Misza! – desperacko wrzasnęła Olivia.
– Odsuń się! Zaraz wracam! – rozległ się jego głos już z holu.
Nie chciała odejść. Chciała rzucić się za swoim mężczyzną. Ale strach trzymał ją w miejscu. Zresztą, ożyła ziemia pod stopami dawała przerażające uczucie, że nigdzie na tym świecie nie ma bezpiecznego miejsca. Wszystko, co mogła teraz zrobić, to tylko mieć nadzieję, że trzęsienie ziemi ustanie albo że Michael i Antonio wyskoczą z tego czerniejącego przed nią wejścia do starych koszar. Ale trzęsienie ziemi trwało, a ich wciąż nie było widać.
Ogromny gmach jęczał i dziwnie trzeszczał pod naporem żywiołu napierającego z wnętrza ziemi. Lampa naftowa zerwała się z haka, na którym powiesił ją Quaglia, i gwałtownie poleciała w dół, eksplodując kulą ognia kilka kroków od Sobieski. Znów poczuła się jak w tamtym strasznym dniu, kiedy nad Zatoką Awaczyńską wybuchła głowica termojądrowa. Ich helikopter spadał… Pilot próbował wykorzystać efekt autorotacji, by złagodzić uderzenie… Uratował wszystkich, ale nie siebie…
A oto teraz nowa katastrofa. I kto z tych, którzy wtedy ocaleli, zginie teraz?..
Wydawało jej się, że wszystko to trwa wieczność. Drżenie i huku ziemi, wezbrana zatoka, wicher i oczekiwanie, aż oni wreszcie wyjdą do niej, na zewnątrz, albo… to najgorsze… aż budynek runie, grzebiąc pod gruzami jedynych bliskich jej ludzi, którzy jej pozostali…
Wpadłszy na trzecie piętro, Kraszeninnikow znieruchomiał, patrząc z niedowierzaniem na plecy swojego przyjaciela Antonia. Wokół wszystko dygotało i drżało. Jęczący budynek groził zawaleniem, a ten siedział przy oknie i gapił się w lunetę.
– Antoni! Zupełnie ci odbiło?!
Quaglia machnął lekceważąco ręką:
– Wynoś się, Misza! Po co wracałeś?! Tu jest niebezpiecznie!
– No właśnie, idioto! Przyszedłem po ciebie!
– Vattene, sam o siebie potrafię zadbać!
Michaił podskoczył do niego, brutalnie go chwycił – mimo że Włoch był znacznie potężniejszy – i powlókł ku wyjściu, zarzucając sobie jego rękę na ramię.
– Stronzo – warknął ze złością Kraszeninnikow.
Antonio z osłupieniem spojrzał na przyjaciela.
– Kiedy ty się nauczyleś włoskiego? I co ty, do diabła, wyprawiasz? Tracisz czas!
– Lepiej się zamknij!..
Wyglądało na to, że największe nieszczęście wydarzyło się właśnie tutaj. Aleksander nieustannie się rozglądał, ale sądząc po tym, że mnóstwo pochodni zmierzało ku ruinom pięciopiętrowego bloku, w innych częściach osady nie było tak niszczycielskich skutków. Przy samym domu na ulicy Władywostokskiej, a raczej przy tym, co z niego zostało, panował chaos. Ludzie odciągali gruzy. Do ruin przyprowadzano konie, by odciągać betonowe płyty, których ciężar przerastał ludzkie siły. Przerażone trzęsieniem ziemi zwierzęta upierały się, parskały, a nawet stawały dęba, wywołując gniewne okrzyki właścicieli. Gruzowisko obwąchiwały już miejscowe psy, by szczekaniem dać ludziom znać, gdzie mniej więcej pod szczątkami znajduje się człowiek.
Wszystko, co się wydarzyło, wprowadziło Aleksandra na jakiś czas w stan szoku. Zdawało się, że nic nie jest w stanie go tak poruszyć po tamtym wybuchu i wyzwaniu, jakie rzucił wraz z przyjaciółmi watażkom band. Jednak dzisiaj natura przypomniała o sobie nie swoimi szczodrymi darami, w które obfituje Kamczatka. Przypomniała, kto jest prawdziwym panem na tej planecie. Wszystko jest nędzne wobec jej potęgi. Tak, ludzie też byli kiedyś silni. Ale paradoks ich siły tkwił w tym, że była zdolna jedynie do samobójstwa. I oto dzisiaj planeta dała do zrozumienia tym nielicznym, którzy jeszcze żyją, że w mgnieniu oka się z nimi rozprawi, jeśli będzie w naprawdę podłym nastroju.
Coj szarpnął się za brodę, zmuszając do wyjścia z otępienia. Był jednym z liderów, wspólnota nie mogła go widzieć z wybałuszonymi oczami i otwartymi z szoku ustami.
– Coj… żyjesz? – dobiegł z tyłu głos.
Aleksander odwrócił się. Szedł ku niemu, mocno utykając, Andriej Żarow. Przyciskał dłoń do czoła, jego twarz była zalana krwią.
– Żar, co tobie się, do cholery, stało? – zawołał Sasza.
– Jak się zaczęło, śmignąłem przez okno. Jak widzisz, niezbyt udanie. Kiedy mieliśmy po dwanaście lat, takie sztuczki wychodziły nam lepiej, co, stary? – Spróbował się uśmiechnąć i natychmiast skrzywił się z bólu.
– Bratku, musisz iść do lazaretu…
– Nie ma czasu. Będę tu dowodził akcją ratunkową… Słuchaj, Sania… Żeńka i Nikita latają teraz po całej osadzie. Sprawdzają sytuację i ustalają straty… Proszę, idź do zakładu. Zobacz, co tam… I jeszcze… wyślij kogoś do Wiluczyńska. Jeśli u nich wszystko w porządku, niech przyślą nam ze dwadzieścia osób i konie. Musimy jak najszybciej odgruzować to wszystko… Tam są ludzie…
– Zrobię, Żar. Nie widziałeś mojej Oksanki?
– Jest w lazarecie…
– Co z nią?! – wykrzyknął Coj.
Andriej znów skrzywił się z bólu, spojrzał na dłoń i ponownie przycisnął ją do głębokiego otarcia na czole.
– Wszystko z nią w porządku. Po prostu pomaga medykom. Jest mnóstwo rannych…
– Dobra, zajmę się wszystkim. Ale ty idź do lazaretu. Popatrz, ludzie sami dają sobie radę. Nawet bez twoich rozkazów…
– Musimy być z ludźmi, Sania. Zawsze…
– A widziałeś ty swoją gębę?!
– Jak wycinaliśmy bandę Staszki Lutego, mocniej mnie pokiereszowali. Ciebie zresztą też. Dobra, Sania, wal się…
Żarow ruszył w stronę ruin bloku.
Aleksander odprowadził go wzrokiem, po czym rozejrzał się dookoła. Przy starym żelaznym garażu dostrzegł kilka rowerów i dosiadłszy jednego z nich, ruszył w stronę zakładu. Dynamo napędzane od koła pozwoliło zaświecić reflektor. Jadąc drogą prowadzącą od zniszczonego domu w dół, ku centrum osady, natknął się na dwóch jeźźców i zatrzymał się.
– Ermalavicius, Guszczin! Jesteście dzisiaj w patrolu, zgadza się?
Rozdział 4.2
– Tak, Coj, zgadza się. Tylko postanowiliśmy pomóc przy odgruzowywaniu…
– To się chwali. Ermalavicius, oddaj swojego konia Guszczinowi. Guszczin, prowadź konie do ruin. Są tam potrzebne. Ale oddaj automat partnerowi.
Ermalavicius skinął głową i zsiadł z konia. Następnie przewiesił automat Guszczina przez plecy.
Aleksander zsiadł z roweru i przekazał go Ermalaviciusowi.
– Siadaj i gnaj do Wiluczyńska. Dowiedz się, co tam się u nich dzieje. Jeśli mają wolnych ludzi, niech ze dwudziestu rusza tutaj jak najszybciej. I niech wezmą konie i samochody.
– Zrozumiałem wszystko…
Olivia nie pamiętała u siebie takiej gamy uczuć. Paniczny strach, który natychmiast ustąpił euforii radości, gdy w końcu ujrzała Michaiła i Antonia.
Kłócili się ze sobą. Misza z jakiegoś powodu klął po włosku, Antonio głównie po rosyjsku. Quaglia powłóczył nogą i patrzył na Olivię z poczuciem winy. Przynajmniej tak jej się zdawało – było zbyt ciemno, by to dostrzec, ale tak to właśnie odebrała. Strach ustąpił miejsca radości. Nawet wstrząsy wtórne stały się prawie niewyczuwalne. Wszystko co złe najwyraźniej było już za nimi. Michaił doprowadził Antonia do ławki i posadziwszy go na niej, podbiegł do Olivii i mocno ją przytulił.
– Misza, nie ma nic straszniejszego niż myśl, że mogłabym cię nagle stracić – szepnęła, tuląc się do Kraszeninnikowa.
– Wszystko w porządku, kochana. Jestem tutaj – odpowiedział.
Quaglia spojrzał na nich, westchnął i odwrócił się…
W tej chwili ziemia zadrżała ponownie. Ale tym razem to nie było trzęsienie ziemi. To odezwał się kolejny skutek żywiołu. Budynek północnych koszar, w którym niegdyś stacjonował batalion budowlany, zaczął się walić. Najpierw powoli, jakby niechętnie i opierając się ostatkiem sił, zaczął się przechylać do przodu; wewnątrz łomotały rozrywane i spadające stropy, klatki schodowe i ściany. Potem nieubłagana siła grawitacji sprawiła, że wszystko runęło, wzbijając chmurę betonowego pyłu wirującą w powietrzu.
Michaił osłonił Olivię przed pyłem i dolatującymi nawet tutaj drobnymi odłamkami. Po kilku chwilach wszystko ucichło. No, prawie wszystko. Ich serca nadal biły jak oszalałe, a wzrok skierował się na środkowe koszary. Na ich dom. Cała trójka czekała, że teraz nadejdzie i jego kolej na zawalenie się. Ale z jakiegoś powodu zupełnie zapomnieli, że stoją w niebezpiecznej bliskości budynku. Ogarnęło ich takie otępienie, że nawet nie zauważyli, jak za ich plecami przejechał na rowerze w stronę Wiluczyńska uzbrojony człowiek.
Koszary nie runęły. Ale strach nie mijał. Wokół wszystko ucichło, tylko z osady dobiegało szczekanie psów i inne hałasy.
– Tam pewnie potrzebna pomoc – powiedział cicho Quaglia.
– Zakazali mi przychodzić do osady przez dziesięć dni – uciął Michaił.
– Misza, to twoi rodacy.
– Tak, którzy obiecali mnie zastrzelić, jeśli złamię zakaz.
Kraszeninnikow i Sobieski usiedli na ławce obok Antonia. Strach o własny dom nie puszczał i nadal wpatrywali się w budynek.
– Ponad wiek temu w mojej ojczyźnie wydarzyło się potworne trzęsienie ziemi – zaczął Antonio. – Straszna katastrofa praktycznie zniszczyła Mesynę i Kalabrię. W tamtych dniach na Morzu Śródziemnym znajdowała się wasza eskadra wojenna Floty Bałtyckiej. Rosyjscy marynarze byli pierwszymi, którzy przyszli nam z pomocą w tej strasznej godzinie.
– Naprawdę? – westchnął ze zmęczeniem Kraszeninnikow. – Nie wiedziałem o tym.
– Mało kto o tym wiedział i pamiętał – pokręcił głową Quaglia. – W ludzkiej pamięci bardzo mocno odciskają się wojny. Wojny, wojny i wojny. Oblężenie Troi, Hannibal u bram, wojna galijska, Wojna Dwóch Róż, Trzydziestoletnia, Stuletnia… Wojny napoleońskie, wojny domowe, wojny światowe. Pośród tego wszystkiego tak łatwo zapomnieć o prawdziwym przejawie ludzkiej natury – pragnieniu pomocy tym, którzy wpadli w biedę, bez względu na kolor skóry, kształt oczu czy języki, które was dzielą. Mnie zakaz nie dotyczy. Muszę tam pójść i pomóc…
Wstał, zrobił jeden niepewny krok, potem kolejny i natychmiast opadł na ławkę, krzywiąc się nie to z bólu, nie to z rozpaczliwego uświadomienia sobie własnej ułomności. Bez laski zupełnie nie mógł iść.
– Cazza rola! – zaklął Quaglia, rozcierając okaleczoną nogę. – Jestem bezużytecznym kawałkiem mięsa. Nie powinieneś był po mnie wracać…
– Co cię w ogóle napadło?! – wrzasnął Michaił. – Dlaczego zostałeś w domu?!
– Bo zanim zszedłbym z trzeciego piętra i wyszedł na ulicę, budynek mógł zawalić się mnóstwo razy. Jaki to ma sens? Lepiej już zostać i obserwować wulkan. To wszystko, do czego jestem zdolny. To wszystko, rozumiesz? Tobie zabronili wchodzić do osady. A my musimy uzupełnić zapasy na zimę. Tobie nie wolno chodzić na wzgórza przez niedźwiedzia. Nie wolno ci dołączać do zbieraczy z osady. I wysyłanie do nich Olivii zamiast ciebie też nie jest najlepszym pomysłem. A ja w ogóle do niczego się nie nadaję!
– Boże, jakie ty bzdury opowiadasz, Antoni! – Kraszeninnikow nadal nie krył oburzenia. Ale przerwała mu Olivia:
– Dlaczego wysyłanie mnie z ich grupami zbieraczy nie jest najlepszym pomysłem? Bo jestem kobietą? Do cholery, Tony, to podłe tak mówić! Potrafię o siebie zadbać i potrafię się postawić!
Quaglia skrzywił się, machając ręką:
– Przestań, Olu. Nie żyjemy w takim wieku ani w takiej epoce, żeby brać moje słowa na poważnie jako dyskryminację ze względu na płeć. Obiektywna rzeczywistość jest taka, że większość mężczyzn jest silniejsza fizycznie od większości kobiet. To prawa natury. A inne prawo natury mówi, że okaleczone zwierzęta długo nie żyją. Odpadają z wyścigu o życie…
– Nie jesteśmy zwierzętami, do jasnej cholery! – krzyknął Michaił.
– To na pewno – westchnął Antonio, kręcąc głową. – Zwierzęta czują zbliżające się trzęsienie ziemi. A my nie. Ja po prostu obserwowałem wulkan. Chcę zrozumieć, czy te wstrząsy były wynikiem tektoniki płyt, czy to wiadomość dla nas wszystkich od Awaczy. Urodziłem się obok Wezuwiusza. Dorastałem w strachu przed nim. Bałem się dnia, w którym się obudzi. Ale teraz jest inaczej. Od wielu lat mieszkam w bezpiecznej odległości od jednego z najpiękniejszych wulkanów, jakie widziałem. I gdybym zobaczył erupcję w chwili, gdy zwaliłby mi się na głowę sufit… Warto by było… To logiczne…
– Nigdy w życiu nie słyszałem nic głupszego – Michaił rozłożył ręce. – Jesteście wszystkim, co mam. Jesteście moją rodziną. Myślisz, że gdybym to ja był na twoim miejscu, ty nie rzuciłbyś się po mnie?
– Rzuciłbym się. Ale na moim miejscu jestem ja. I wiem, co będzie lepsze dla mnie. Nie idź po mnie następnym razem. Jeśli ja zginę, to dla was smutek. Jeśli przeze mnie zginiesz ty, Olivia zostanie sama na całym świecie. Nie chcę tego…
Zarówno Michaił, jak i Sobieski chcieli mu coś odrzec. Stanowczo nie zgadzali się z jego fatalizmem i chcieli mu uświadomić, jak bardzo jest dla nich ważny. Chcieli to jednak zrobić tak, by gniew, który czuli pod jego adresem, nie wybuchł na zewnątrz. Zdawało się, że oboje znaleźli już odpowiednie słowa. Jednak przeszkodziła im odległa seria z karabinu maszynowego. Potem kolejna. Wulkanolodzy odwrócili głowy w stronę Wiluczyńska, skąd dochodził ten dźwięk. Jeszcze jedna seria i zapadła cisza.